RSS wpisy lub komentarze

Początki tosza dnia 01 marca 2007 03:46 po południu

Kim być, żeby być tłumaczem?

No, to zaczynamy. Pierwsze do’s and dont’s.

Mit, który za mną się ciągnie od niepamiętnych czasów:

1. Trzeba skończyć filologię, żeby być tłumaczem

Ludzie, skąd ten pomysł?! Nie trzeba, ba, obrazoburczo powiem, że nawet nie jest to wskazane! Dlaczego? Z kilku względów.

Nabywa się mnóstwo zbędnych manier i nawyków językowych. Wyplenienie zaplatania niepotrzebnie ładnych zdań zajęło mi sporo czasu. Szukanie synonimów w przypadku tłumaczeń IT jest naprawdę zbędne. Używanie wpajanego na zajęciach pseudoliterackiego stylu jeszcze bardziej. Nie o to w tym chodzi. Klienci i biura dadzą własne wytyczne (patrz poniżej). A patrząc z innej perspektywy - jest to swoista strata czasu, który można przeznaczyć na coś co zaprocentuje w przyszłości.

Oczywiście trochę przesadzam z tym „niewskazane” odnośnie do filologii. Jednak ze swojego podwórka wiem, że więcej z tym kłopotu niż pożytku. Więc jeśli myślicie o zostaniu tłumaczami i zastanawiacie się, czy warto iść na studia językowe, szczerze wam to odradzam.

Co więc robić?

2. Wykształcenie, wiedza, pasja

Najlepszymi tłumaczami wcale nie są filolodzy. Nie. Najlepszymi tłumaczami są osoby znające język i będące specjalistami w konkretnej dziedzinie nauki. Najlepszym tłumaczem medycznym będzie lekarz. Nawet jeśli jego znajomość języka obcego nie jest doskonała, to włada nim, a przede wszystkim rozumie słowo pisane, na tyle dobrze, że bez problemu jest w stanie przełożyć teksty, które w warstwie treści będą bardziej niż poprawne. W tym twierdzeniu upewniły mnie rozmowy ze znajomymi tłumaczami, z których większość jest specjalistami z danej dziedziny, a języki obce poznawali na kursach, za granicą itd. Twierdzą oni, a ja się z nimi całkowicie zgadzam, że ubytki języka łatwiej wyplenić niż ubytki wiedzy. Nauczenie się poprawnej składni i gramatyki tekstów technicznych jest łatwiejsze i mniej czasochłonne niż zapoznanie się choćby z jedną działką medycyny. To jest fakt. I podobnie jest z większością zagadnień.

Specjalnie nie poruszam kwestii tłumaczeń literackich, choć po części też się tu wpisują całkiem nieźle. I idąc za ciosem, mogę stwierdzić, że trzeba być przynajmniej niezłym rzemieślnikiem słowa, by się brać za tłumaczenie literatury (przez literaturę rozumiem tu beletrystykę, literaturę faktu, a nie podręcznik obsługi edytora Word; choć, czy aby i w tym wypadku lekkie pióro nie jest bardzo pomocne? W końcu ktoś to będzie czytał, a słowo pisane ma się dobrze czytać).

Więc co robić? Uczyć się języka. Chłonąć wiedzę pozajęzykową. Studiować coś innego niż filologia. Mieć hobby. Pasjonować się czymś. Pogłębiać wiedzę na temat swoich zainteresowań. Czytać książki w obydwu językach. I implementować inne standardowe lub mniej standardowe pomysły, dzięki którym możecie się obracać w dwujęzycznym kręgu słownictwa i frazeologii z dziedziny, która was interesuje.

3. Język polski

Język ojczysty jest kwestią niesłychanie ważną. Znów opowiem z punktu widzenia mojej działki. Większość (ok. 90%) tłumaczeń, które wykonuje, to para ang->pl. Skoro więc piszę w większości po polsku, to muszę znać język. Od tego nie ma ucieczki.

Kwestie poprawnościowe, interpunkcja, styl są bardzo ważne; są równorzędne ze stosowaniem poprawnej terminologii. Słownik języka polskiego, słownik synonimów, słownik ortograficzny i inne każdy tłumacz powinien mieć… w małym palcu. Albo przynajmniej powinien wiedzieć, gdzie i w jakich przypadkach szukać w nich pomocy, bo istotną kwestią jest samo zauważenie miejsca, gdzie nie mamy pewności lub pojęcia jak coś napisać. Pamiętajcie – jesteście zdani tylko na siebie. Kolega z biurka obok nie pokaże wam błędów paluchem na monitorze, bo kolegi nie ma. Trzeba w sobie wykształcić nawyk sprawdzania wszystkiego po 3 razy i jak to mawiał redaktor „Wiadomości Literackich” — Mieczysław Grydzewski: wiemy na pewno, że Pana Tadeusza napisał Słowacki, ale na wszelki wypadek zawsze to sprawdzamy.

Większe biura tłumaczeń mają opracowane własne podręczniki stylu. Często są to całe księgi zawierające opisy najczęstszych błędów wraz z poprawnymi formami. Z tych niezwykle przydatnych dokumentów można się mnóstwo nauczyć. Poza tym są to podręczniki dostosowane do wymogów danego biura zawierające niekiedy słowniki i obszerne objaśnienia całych akapitów tekstu, a zaznajomienie się z nimi jest wymagane przed rozpoczęciem współpracy. Podręczniki stylów są dobrze napisane i znajomość ich procentuje nie tylko w przypadku współpracy z jednym biurem czy też klientem, ale również i z innymi.

Ostatnia kwestia to:

4. Specjalizacja

To o czym mówiłem w punkcie 2. - trzeba po prostu się na czymś znać, mieć jakąś pasję. Nie ma dobrego tłumacza, który zna się na każdej dziedzinie. Jeśli ktoś tak twierdzi, to albo jest geniuszem, albo nie jest dobrym tłumaczem z każdej dziedziny. Powie ktoś - no a lata doświadczenia!?? Powiem - lata latami, ale to będą lata doświadczenia w jednej lub kilku dziedzinach. Dobry tłumacz znający się na zagadnieniach chemicznych nie będzie się bawił w teksty prawnicze, bo mu się nie będzie chciało zgłębiać kolejnych dziedzin, skoro ze swojej ukochanej chemii ma tyle zleceń, że sobie w nich przebiera. Dla takiej osoby poznawanie kolejnej dziedziny jest stratą czasu. „Po co mi kolejna dziedzina, skoro doba nadal będzie miała 24 godziny i więcej nie będę w stanie przerobić niż do tej pory?” Chyba dla samej satysfakcji albo na wypadek dni posuchy. Tylko że doświadczony tłumacz niekiedy marzy o dniach posuchy.

Podsumowanie

  • uczelnia kierunkowa, nie językowa;
  • poznawać język obcy w inny sposób niż na studiach;
  • tłumaczyć to, o czym się ma pojęcie;
  • uczyć się jęz. polskiego;
  • wyspecjalizować się.

Komentarze? Uwagi? Piszcie!

Liczba komentarzy: 16 , na temat: “Kim być, żeby być tłumaczem?”

  1. dnia 05 marca 2007 o godz. 2:27 po południu 1.holanta

    niezle się zaczyna:) dla kogoś zainteresowanego tłumaczeniami i własnym biznesem na pewno świetna sprawa:) a dla niezainteresowanego (czyli mnie;))- dobry styl pisania, podoba mi się:)

  2. dnia 07 marca 2007 o godz. 2:38 po południu 2.Michał G.

    Świetna sprawa!

  3. dnia 07 marca 2007 o godz. 3:54 po południu 3.Aniusia

    dziękuję za zaproszenie do bloga

    w zasadzie to właśnie jest moje podejście do tłumaczenia ..nigdy nie studiowałam filologi i sama uczyłam się jezyka od podstaw i robię to z pasją ..i nie chodzi tutaj o sam język bardziej o kulturę i o bto “coś” co mają kraje Ameryki Łacińskiej i Ameryki Południowej. …..
    Bardzo pięknie pisze o pasji Gabriel Garcia Marquez:
    ?…cóż to za rodzaj cudu, który sprawia, że zwyczajne pragnienie opowiedzenia histori przeradza się w pasję, że człowiek jest gotowy umrzeć dla niej, umrzeć z głodu, zimna albo z jakiegoś innego powodu a wszystko po to aby wykonywać tą jedną rzecz, której nie można ani dotknąć ani zobaczyć i która jeśli dobrze popatrzyć nie służy do niczego….”
    a teraz wersja hiszpańska :)))
    “….que clase de misterio es este que hace que el simple deseo de contar historia se convierta en una pasion, que un ser humano sea capaz de morir por ella, mmorir del hambre, frio o lo que sea, con tral de hacer una cosa que no se puede ver ni tocar ni quee al fin y al cabo si bien se mira no sirve para nada…”
    JAK JA LUBIE TŁUMACZYĆ!!!!!
    :))))))))))))))

  4. dnia 07 marca 2007 o godz. 10:00 po południu 4.Maja

    Witam!
    Tak się składa, że jestem studentką ostatniego roku lingwistyki stosowanej w Warszawie(czyli kierunku studiów nastawionego głównie na tłumaczenia). Na drugim roku zorientowałam sie, że bez specjalizacji ani rusz i że za dużo na tych studiach gadania o teorii a za mało konkretów. Zdecydowałam sie robić drugi fakultet - europeistykę (duzo zagadnień prawnych i ekonomicznych, oczywiście pod kątem UE). Mam dwuletnią praktykę w zawodzie tłumacza (wiadomo, że niewielką i na razie ograniczoną).
    Zgadzam się z Tobą jesli chodzi o konieczność specjalizacji i dbania o swoją polszczyznę, ale musze stanąć w obronie studiów językowych (ze wskazaniem na linwistykę, a nie np. filologie angielską, na której faktycznie historia języka odgrywa większa role niż praktyczne jego wykorzystanie). Twoje rady są dobre dla ludzi zdecydowanych co chcą robić w życiu, nastawionych na konkretny cel - tacy rzeczywiście mogą świadomie wybrać dziedzinę specjalizacji, a potem szlifować język. A przecież większość maturzystów (zwłaszcza po tej okropnej nowej maturze) nie ma pojęcia co będzie robić i czy wybrany kierunek studiów to rzeczywiście TO. W dodatku moje studia otworzyły mi oczy na wiele spraw, nad którymi nawet bym się nie zastanowiła, gdybym znając język poprostu zaczęła tłumaczyć i być może uświadomienie sobie tych rzeczy zajęłoby mi kilka dobrych lat praktycznej pracy.
    Zgadzam się jednak, że lingwistyka, a już napewno zwykła filologia, nie wystarczą (może poza tłumaczeniami literackimi, do których, moim zdaniem, linwistyka bardzo dobrze przygotowuje).
    Oczywiście nie przeczę, że specjalista w danej dziedzinie, świetnie znający język, także może byc świetnym tłumaczem.
    Pozdrawam, będę z zainteresowaniem czytać dalej.

  5. dnia 10 marca 2007 o godz. 3:12 po południu 5.tosza

    Do Mai:

    Naskakuję na studia językowe dlatego, że poza ogólnym “otwarciem oczu” na wiele spraw nie dały mi praktycznie nic, co przydaje mi się w zawodzie tłumacza. A ogólne “otwarcie oczu” daje praktycznie każdy kierunek studiów.

    To że ludzie w liceum nie wiedzą, co chcą robić jest normą, ale nie jest to naszym problemem tylko ich samych i systemu edukacyjnego, który (truizm) nie przygotowuje absolutnie do jakiegokolwiek “zdania sobie sprawy” z własnych zdolności/preferencji. Z tego co obserwuję, widzę, że aktualnie sprawy w oświacie wcale nie zmierzają ku lepszemu, vide usuwanie matematyki z tej już pseudomatury.

    Studia zawsze można zmienić, nikt nie podpisuje cyrografu. Ba - nudne studia POWINNO się zmieniać, tylko, że niekiedy nie starcza odwagi na to, żeby rzucić w kąt 2 czy 3 lata nauki i zacząć od zera. Nad czym sam po części ubolewam, że mi nie starczyło tej odwagi.

    Zapraszam do dalszej lektury bloga. :)

  6. dnia 10 marca 2007 o godz. 3:14 po południu 6.tosza

    Do Anusi:

    Życzę dalszej satysfakcji z picia ze stawu słów, jak to mówił S. King w Historii Lisey. :)

  7. dnia 10 marca 2007 o godz. 3:15 po południu 7.tosza

    Do Michała G.:

    Dziękuję za miły komentarz. Zapraszam w przyszłości.

  8. dnia 15 marca 2007 o godz. 10:14 po południu 8.Maja

    Cóż, w kwestii powolnej degradacji matury i szkolnictwa średniego w ogóle, całkowicie się z Tobą zgadzam.

  9. dnia 15 marca 2007 o godz. 11:39 po południu 9.tosza

    Do Mai:
    Dziękuję. A od dziś geje - nie ujawniajcie się w szkołach, bo czeka was warunkowe zwolnienie. Brawo Panie Orzechowski, dziękujemy za kolejną perełkę.

  10. dnia 04 kwietnia 2007 o godz. 10:29 po południu 10.zgoorek

    Życzę powodzenia, szczególnie w nauce interpunkcji, bo widzę, że jeszcze Ci zostało na tym polu sporo do zrobienia…

  11. dnia 05 kwietnia 2007 o godz. 12:58 po południu 11.tosza

    Do: zagoorek

    Witam,
    Dziękuję koledze po fachu za krytykę. Każdą konstruktywną krytykę przyjmuję z pokorą i z przyjemnością poprawię zauważone przez Ciebie błędy. Więc czekam na wypunktowanie. Po to właśnie ten blog jest i po to proszę o sugestie oraz uwagi na końcu każdego wpisu.

    Pozdrawiam

  12. dnia 09 kwietnia 2008 o godz. 3:16 po południu 12.RakastanSuomi

    Witam!
    Zgadzam się w wielu rzeczach, które autor tu napisał, jednak sądzę, że te studia mimo wszystko są potrzebne ;-) Ja skończyłam filologię fińską, a jestem tłumaczem od pojęc prawnych ;-) Poprostu pod koniec wybrałam sobie specjalizację i uczęszczałam na kilka kursów językowych, które mnie do tego bardzo dobrze przygotowały.

  13. dnia 08 czerwca 2008 o godz. 11:12 przed południem 13.tosza

    Cześć RakastanSuomi,

    Znam wielu tłumaczy, którzy nic nigdy nie mieli wspólnego ze studiami językowymi, a radzą (choć to zdecydowanie za mało powiedziane) sobie wyśmienicie.

    Kiedyś przeprowadzałem małą próbną rekrutację i szukałem ludzi do pomocy w projekcie. Byłem zażenowany niskim poziomem ludzi po filologiach, którzy cierpią na syndrom “cyzelowania” zdań i nie potrafią zrozumieć, że trzymamy się schematów i kropka. Z drugiej strony techniczni mają problemy z interpunkcją i stylem, ale moim zdaniem te problemy jest prościej wyrugować niż przetłumaczyć filologowi, że “te same frazy zawsze tłumaczymy tak samo, a nie udziwniamy”.

    Duży w tym momencie pewnie był pewnie wpływ tematyki - rzeczy IT jednak wymagają trzymania się zasad oraz zachowania bezwzględnej spójności i tutaj inżynieropochodni sprawdzają się wyśmienicie.

  14. dnia 26 sierpnia 2008 o godz. 5:20 po południu 14.Weronika

    No to skoro się nie skończy studiów związanych z językiem, a nauczy samemu… To chyba nie można zostać profesjonalnym tłumaczem, bo potrzeba jakiegoś dyplomu chyba? Czy ten dyplom można zdobyć nie studiując? Jak to jest?

  15. dnia 05 października 2008 o godz. 5:06 po południu 15.admin

    Cześć Weronika,
    Profesjonalizm nie zależy od studiów tylko od jakości wykonywanej pracy. Skoro dobrze tłumaczysz, to nikt nie będzie przykładał uwagi do tego, jakie masz wykształcenie. Do “zwykłego” tłumaczenia nie są wymagane żadne certyfikacje; jeśli chcesz zostać przysięgłym, to sprawa wygląda inaczej, ale to już odsyłam do STP na przykład, bo ja nie jestem przysięgły i nie chcę nagadać głupot, jak to teraz wyglada.

  16. dnia 15 grudnia 2009 o godz. 9:41 po południu 16.Karolina

    Proponuję zacząć od definicji słów “filologia” i “filolog”. Wówczas owe “do’s” i “don’ts” nieco przyblakną… i okażą być mitami, przekazywanymi pocztą pantoflową przez tych, którzy niewielkie - niestety - pojęcie mają o warsztacie pracy tłumacza (nie-blabla-wodolejcy, nie-klepacza instrukcji, tylko specjalisty).
    Zdecydowanie dobrze jest mieć zawód, obok tego wielkiego certyfikatu językowego, szumnie zwanego studiami, aczkolwiek nie nauka zawodu jest - moim zdaniem - celem zasadniczym studiów filologicznych. Osobiście postrzegam je jako wylęgarnię kameleonów. Kameleonów, które z miłości do języka staną się tym, kim potrzeba w odpowiednim momencie. I w ten sposób odbieram swoją pracę tłumacza.
    Jestem filologiem - to brzmi dumnie. Jestem tłumaczem medycznym - bo kocham tę dziedzinę. Jestem wreszcie HRowcem :) - bo miałam kiedyś nadmiar czasu i pragnienie zmian. Warto zauważyć, że dwa pozostałe punkty wynikają z pierwszego. Nie zostałabym tłumaczem, gdyby nie filologia. Nie wpadłabym na pomysł dyplomu HRM, gdyby nie praca po studiach filologicznych (która uzmysłowiła mi w sposób nie pozostawiający wątpliwości moje braki interpersonalne).
    Nie ośmielę się nigdy w życiu stwierdzić, że najlepszym tłumaczem medycznym będzie lekarz. W jednej z moich kluczowych obszarów medycyny krążą dowcipy branżowe - niestety zupełnie autentyczne pomyłki tłumacza - lekarza, w stopniu dr n.med., innej specjalizacji, który uznał właśnie, że “najlepszym tłumaczem medycznym jest lekarz”, w związku z czym darował sobie przygotowanie (uczył się wszakże 6 lat, potem jeszcze 3 i kolejne 4…) i spoczął radośnie na laurach. Filolog (autentyczny) jest z natury istotą pokorną. Pokorną wobec zmian zachodzących w języku, wobec jego kreatywności - i to właśnie pokora skłania do nauki, bezustannego samorozwoju, odkrywania nowych obszarów języka (ojczystego i obcego). Kto przetłumaczy świat lepiej niż taka właśnie osoba? Do każdej w życiu pracy trzeba mieć pasję i serce, a przecież filolog to nikt inny, jak człowiek, który pokochał słowa…

Śledzenie wpisu

Wpisz komentarz